Previous Next

Jak dobrze wiecie, swoją samotną podróż na Bali planowałam już od dłuższego czasu. Chciałam za wszelką cenę wrócić do miejsca, które totalnie zawładnęło moim sercem. Do miejsca, które jest mi szczególnie bliskie. Wróciłam na Bali w zaledwie 7 miesięcy. Nie spodziewałam się jednak, że świat tak bardzo utrudni moją podróż i zniszczy kilka marzeń. Jak dokładnie wyglądała moja ucieczka z raju, do którego COVID-19 zdążył już zajrzeć?

Ucieczka z raju – koronawirus na Bali

Jak przygotowywałam się do podróży na Bali?

Z początku plany miałam nieco inne. Owszem, chciałam wyruszyć gdzieś sama. Wiecie, ja mam taką niespokojną duszę, która nie potrafi zbyt długo wysiedzieć w domu. Swoją samotną podróż zaczęłam poważnie rozważać na kilka miesięcy przed tym, zanim rozkręcił się koronawirus.

Na początku rozważałam, by wyruszyć do jednego z europejskich państw. Bo bliżej, bo łatwiej jest zorganizować podróż do europejskiego kraju, bo bezpieczniej. Jednak, kiedy już przyszedł moment wyboru, w środku zapaliła mi się lampka. Skoro chcę już wyruszyć w świat samotnie, to dlaczego w sumie nie polecieć z grubej rury? Wzięłam głęboki oddech i ostatecznie zaklepałam bilet do mojej ukochanej Indonezji, na Bali. Stało się to jeszcze, zanim w Chinach pojawił się COVID-19. Kto by wtedy przypuszczał, że sytuacja stanie się aż tak dramatyczna?

Potrzebowałam wylecieć. Chciałam udowodnić sobie, że jestem kobietą silną i niezależną. Że potrafię poradzić sobie w totalnie każdej sytuacji, nawet będąc sama na drugim końcu świata. W Indonezji miałam zaszyć się na calutki miesiąc i wrócić na Wielkanoc. Niestety, świat zarządził inaczej. Wirus wydostał się z Chin, powoli opanowując kolejne kraje.

Jak wyglądała moja przeprawa z Polski na Bali?

Zdecydowałam się na przelot azjatycka linią FlyScoot. Wyleciałam 8 marca z Berlina (TXL) i ok. 12 godzin później byłam już w Singapurze. Tam musiałam przeczekać jeszcze 7 godzin, by ostatecznie dostać się na Bali (kolejne 3 godziny lotu). Po długiej wyprawie, stanęłam zupełnie sama na mojej ukochanej, balijskiej ziemi. Byłam zmęczona, ale jednocześnie najszczęśliwsza na świecie. Uświadomiłam sobie, że zrobiłam rzecz totalnie pokręconą, na jaką niewiele osób tak naprawdę by się odważyło. Osobiście nie znam chyba żadnej kobietki, która poleciałaby samotnie na drugi koniec świata. Zwłaszcza w swoją pierwszą, solową podróż. Europejskie kraje na własną rękę? Banał! Ale, żeby samotnie polecieć na drugi koniec mapy? Niezłe wyzwanie!

Bali w dobie COVID-19, zaraz po wylądowaniu

W porównaniu do lotniska w Singapurze, gdzie mierzono do każdego kamerami termowizyjnymi, Bali zdawało się kompletnie nie przejmować sytuacją, która na świecie powoli zaczynała wymykać się spod kontroli. Nie ma co czarować. Balijczycy od zawsze mają dość swobodne podejście do wielu tematów. Oczywiście, normalnie odpowiada mi ich luz i wieczne "nie przejmuj się, uśmiechaj się, bądź szczęśliwy". Jednak, w tym przypadku ciężko było o jakikolwiek uśmiech.

Na lotnisku w Denpasar owszem, wypełniłam specjalną kartę zdrowotną i zmierzono mi temperaturę, zanim w ogóle dotarłam do kontroli paszportowej. Ustawili tam specjalne bramki, gdzie każdego po kolei sprawdzano pod kątem zdrowia (lub raczej temperatury ciała). Dopiero później zostałam oficjalnie wpuszczona na terytorium wyspy. Oczywiście, nie obyło się bez pytań o pieczątki z Ukrainy i Jordanii.

Kiedy wydostałam się z lotniska nie odniosłam wrażenia, by na Bali cokolwiek było nie tak. Maseczki ochronne nosili w zasadzie turyści, a tubylcy cały czas się uśmiechali. Kiedy przyleciałam na wyspę, nie było wówczas (oficjalnie) ani jednego potwierdzonego przypadku zakażenia się wirusem. Choć wiadomo, służba zdrowia w Indonezji nie należy do najlepszych. Dane były więc nieprawdziwe.

Bali w czasach koronawirusa. Kiedy zaczęło robić się nieciekawie?

Sytuacja na Bali zaczęła pogarszać się z dnia na dzień. Trafiłam na wyspę w momencie, kiedy zaczęła się ona pogrążać w pandemii, wraz z całym światem. Dwa dni po moim przylocie okazało się, że na Bali zmarła pierwsza osoba, u której zdiagnozowano koronawirusa (turystka z Wielkiej Brytanii).

Na samym początku, kiedy Made odebrał mnie z lotniska, udałam się do Sanur. Przez pierwsze dni wcale nie było tam czuć, że na Bali zaczyna się siać panika. Owszem, niektórzy miejscowi wspominali coś o koronawirusie, jednak z totalnym przymrużeniem oka. W Sanur było mnóstwo turystów, a knajpy, sklepy i atrakcje wokół funkcjonowały zupełnie tak samo, jak 7 miesięcy temu. Nie dawało się odczuć tej paniki, która ogarniała już większość świata. Tak, z początku czułam się tam bardzo bezpiecznie. Dopiero później zaczęły docierać do mnie coraz to nowsze informacje, dotyczące realnego zagrożenia w Indonezji.

2 marca w Dżakarcie zachorowały dwie kobiety. Wirusa COVID-19 wykryto wówczas u 64-letniej Indonezyjki i jej 31-letniej córki. Miały one kontakt z zakażoną Japonką, mieszkającą na stałe w Malezji. Od tamtej pory nie było ani jednej informacji o tym, by w Indonezji zaraził się ktokolwiek inny. Było to jednak trochę dziwne, bo przecież cała Indonezja liczy ponad 260 milionów mieszkańców, na ponad 18 tysiącach wysp.

Kiedy zaczęłam ponownie wczuwać się w klimat Bali, liczba zachorowań nagle wzrosła z dwóch na kilkadziesiąt, a później na kilkaset. Informacje zmieniały się co kilka minut pokazując, jak fałszywy był obraz całej sytuacji w Indonezji. Kiedy szykowałam się do zmiany miejscówki na Ubud, Ministerstwo Spraw Zagranicznych w Polsce zaczęło przekonywać przebywających Polaków za granicą, by zaczęli rejestrować swoje podróże w systemie Odyseusz. Tak zrobiłam.

COVID-19 na Bali

Trzeba uciekać! Bali, czyli "wyspa-pułapka"

Kiedy już zarejestrowałam się w systemie Odyseusz, każdego dnia dostawałam maile od Ambasady Polski w Dżakarcie. Wówczas dowiedziałam się, jak naprawdę wygląda sytuacja w Indonezji. Okazało się, że z dnia na dzień w Indonezji robi się nieciekawie. MSZ wręcz naciskało na Polaków, by zaczęli ewakuować się z powrotem do kraju.

Zakażonych przybywało, ale głównie w okolicy Dżakarty. Niby spoko, bo przecież to 2 godziny lotu (z Bali do Dżakarty). Jednak przecież tylko kwestią czasu było, kiedy COVID-19 rozprzestrzeni się również na moim ukochanym Bali. Siłą rzeczy, to najbardziej popularna wyspa w Indonezji, którą każdego roku odwiedzają miliony turystów z całego świata. Nie było szans, by wyspa jako jedyna pozostała bezpieczna.

Na samo wspomnienie tego, jak wiele stresu mnie to kosztowało, mam dreszcze. Tylko sobie to wyobraźcie. Nagle zostajecie sami ze sobą, zdani właściwie wyłącznie na siebie. Jesteście sobie gdzieś na końcu świata, 15 tysięcy kilometrów od domu, w dobie rozwijającego się koronawirusa. W państwie, gdzie służba zdrowia niewiele może zrobić, gdy już dojdzie do zakażenia. Nie mogłam w pełni cieszyć się widokami, bo ciągle odświeżałam informacje w telefonie. Zmieniały się praktycznie co kilkanaście minut. Z tyłu głowy ciągle chodziły za mną myśli, które dodatkowo napędzały mi stracha: "Coś Ty narobiła, Paula! To była nierozsądna decyzja. Teraz tu utkniesz i zachorujesz!".

Odwołany lot i zamykające się granice

Najbardziej stresować zaczęłam się jednak dopiero wtedy, kiedy odwołano mój lot powrotny na trasie Singapur-Berlin. Kolejne państwa zaczynały wprowadzać rygorystyczne obostrzenia, a ja już nie miałam pomysłów na ucieczkę. Owszem, pojawiało się ich kilka, jednak żaden nie był dobry. Była opcja, żeby zwiać do Malezji. Jednak, ta z dnia na dzień zamknęła swoje granice. Do Singapuru też nie mogłam już wlecieć, bo państwo wprowadziło obowiązkową 14-sto dniową kwarantannę dla osób, które wcześniej przebywały w zagrożonych regionach. Na tak drogą kwarantannę nie było mnie stać.

Czułam się, jak w pułapce bez wyjścia. Serio, nie było już dokąd uciekać. Nie chciałam też ryzykować lotem do jakiegokolwiek kraju w Europie, które też się zamykały i w których było o wiele więcej zachorowań. Chciałam za wszelką cenę uniknąć sytuacji, że np. wykupię bilet do jakiegoś państwa, a w trakcie mojego lotu ono nagle zamknie granice. Beznadziejna sytuacja! Problemem był też fakt, że wizę miałam ważną do 8 kwietnia, a Immigration Office z początku wcale nie chciało przedłużać nikomu wiz.

Tak, myślałam o tym, by przeczekać COVID-19 na Bali. Jednak, czy to faktycznie byłaby mądra decyzja? Zwłaszcza, że wirus dopiero zaczął tam się rozkręcać, a służba zdrowia raczej by mi nie pomogła?

#LotDoDomu – akcja ratunkowa

Całe szczęście odkryłam, że na Facebooku istnieje grupa Polacy na Bali. Zaczęliśmy się tam jednoczyć i wspólnie obmyślać, co robić. Pozdrawiam ekipę z naszego okrętu, którym awaryjnie chcieliśmy wrócić do Polski, heh! Mega miło Was wspominam i chciałam podziękować każdemu z osobna za to, jak duże miałam w Was wsparcie. Nigdy Was nie zapomnę i wierzę w to, że jeszcze spotkamy się w Azji.

Kiedy policzyliśmy, ilu Polaków utknęło w całej Indonezji, wyszło nas ponad pół tysiąca. Oczywiście, najwięcej Polaków przebywało wówczas na Bali (ok. 80 %). Po kilku dniach niepewności, stresu i walki, udało nam się wywalczyć specjalny rejs czarterowy, polską linią lotniczą LOT. Of kors, to nie było takie proste.

Zanim doszło do zorganizowania rejsu, wiele razy doradzano nam szukanie alternatywnych połączeń. Tylko jakich, skoro większość państw zamykała przed nami granice? Mówiono też, że raczej nie mamy co liczyć na ten czarter. Ciężko będzie wyobrazić sobie tę sytuację osobom, które siedziały bezpiecznie w domach. Ja jeszcze nigdy w życiu nie czułam się tak zestresowana! Zupełnie sama, w pułapce bez wyjścia. No, ale przecież po części sama do tego doprowadziłam. Bo wyleciałam, mimo świadomości zagrożenia.

Z tyłu głowy piętrzyło mi się mnóstwo myśli. Z jednej strony martwiłam się o swoją rodzinę. Z drugiej strony o pieniądze (czy na pewno podołam, by ewentualnie utrzymać się za granicą przez kolejne miesiące). Nie byłam przygotowana na taki przebieg wydarzeń. Kiedy szykowałam się na podróż, sytuacja na świecie była zupełnie inna.

Niektórzy wytykali mi, że przecież powinnam zostać w domu, to wtedy nie doszłoby do takiej sytuacji. Dostawałam całą masę wiadomości, które jeszcze bardziej mnie dołowały. Tylko, że ja naprawdę długo szykowałam się na mój wylot. Poświęciłam na te przygotowania sporo czasu i sporo pieniędzy. To nie była żadna wycieczka z biura podróży. To był mój samodzielnie, własnoręcznie zorganizowany wylot. Zrozumcie to!

Musiałam zmienić większość planów. Odwołałam noclegi w kilku częściach wyspy, żeby zostać w jednym miejscu i zrobić sobie kwarantannę. Musiałam jednocześnie nie tylko pracować zdalnie, ale też wyjaśniać wiele spraw – z właścicielami apartamentów i przewoźnikami (linia lotnicza oraz transport na okoliczne wyspy). W dodatku, miałam do ogarniania informacje o bieżącej sytuacji, a także kontrolowanie spraw w Polsce. Masakra! Wszystko spadło mi na łeb, jak grom z jasnego nieba. Kara za pewność siebie?

Bali, które zaczęło zamierać

Z dnia na dzień okoliczne wyspy zaczęły się zamykać. Na Bali najpierw zamknęły się szkoły w Denpasar, a później niektóre restauracje, wodospady, świątynie, rezerwaty i atrakcje turystyczne. Pozamykano nawet plaże. Bali zaczęło zamierać, a na ulicach nie było już słynnych korków (nawet w Denpasar i Kucie). Niecodzienny widok!

Kiedy 22 marca próbowaliśmy dostać się z Made do kilku popularnych atrakcji okazało się, że są już one całkiem pozamykane i patrolowane przez policję. Całe szczęście, udało się nam przedrzeć do kilku miejsc, które pozwoliły chociaż na chwilę zapomnieć o koronawirusie. Jak dobrze, że chociaż tyle mogliśmy zrobić. Terima kasih, Made!

Ucieczka z Bali do Polski i trzęsienie ziemi w Pierścieniu Ognia

19 marca dostałam maila od Ambasady Polski w Dżakarcie, że specjalny czarter do Polski pojawi się w Denpasar. Dziękowałam sobie, że nie zdecydowałam się na alternatywny lot do innego państwa. Mój lot powrotny odbył się 24 marca, o godzinie 7:00. Nie wiedziałam, jak sytuacja w Indonezji będzie wyglądała za kilka dni, więc zdecydowałam się opuścić wyspę. Bilet kupiłam za ok. 2300 zł. Lot na trasie Denpasar-Warszawa.

Dokładnie w ten sam dzień, kiedy kupiłam swój lot powrotny, na Bali było też spore trzęsienie ziemi, o magnitudzie 6.3. Moje łóżko latało przez kilkanaście sekund, a ja kompletnie nie wiedziałam, co robić. Całe szczęście, ostatecznie nic takiego się nie stało. To był po prostu znak od bogów wyspy. Znak, że trzeba wracać.

Na lotnisku pojawiłam się ok. 4 godziny wcześniej, aby zdążyć ze wszystkimi formalnościami. Pasażerowie założyli maseczki, a odprawa była długa i męcząca. Sprawdzano nam temperaturę i dokładnie wertowano dokumenty osobiste. Było nas sporo. W ogóle, wracałam z Bali z obsadą programu Hotel Paradise.

W samolocie każdy z nas dostał karty, które musieliśmy wypełnić. Chodziło o dane do obowiązkowej 14-sto dniowej kwarantanny, którą każdy z naszego balijskiego pokładu musiał odbyć. Zmierzono nam też temperaturę, którą należało wpisać do karty. Lot trwał ok. 14 godzin. W Warszawie czekaliśmy jeszcze 1,5 h w samolocie na płycie lotniska, bo Wojsko Obrony Terytorialnej sprawdzało każdemu temperaturę i zbierało karty.

Po wyjściu z samolotu, poszliśmy do kontroli paszportowej i tam jeszcze raz podawaliśmy swoje dane do odbycia obowiązkowej kwarantanny domowej. Później każdy musiał już wrócić na własną rękę do domu. Ja wróciłam samochodem, żeby nie poruszać się komunikacją miejską.

Co z Polakami, którzy utknęli na Bali?

Rząd zalecił mieszkańcom pozostanie w domach i nie wychodzenie na ulicę. Dowiedziałam się od znajomych Balijczyków, że Bali zamknęło się na turystów przynajmniej do końca maja 2020 (aktualizacja: Bali prawdopodobnie otworzy się na turystów dopiero na przełomie lipca-września 2020). Zamknięte są popularne restauracje, plaże, sklepy i atrakcje turystyczne. W Indonezji z dnia na dzień przybywa zachorowań.

Część Polaków świadomie zrezygnowała z możliwości wykupienia czarteru. Dlaczego? Ano, bo władze indonezyjskie 23 marca wydały oficjalną regulację, dotyczącą kwestii overstay – czyli przedłużenia wizy. Niektórzy Polacy wykorzystali ten fakt i zaszyli się na Bali. Normalnie jest tak, że za każdy jeden dzień nielegalnego pobytu na Bali trzeba zapłacić 1 mln rupii IDR. Jednak, czy warto było zostać na rajskim Bali, kiedy epidemia dopiero zaczyna się tam rozwijać?

Ja jestem szczęśliwa, że udało mi się wydostać z wyspy. Przecież byłam tam zdana sama na siebie i ewentualnie na służbę zdrowia, która i tak by mi nie pomogła. Nie ma tam warunków do leczenia koronawirusa! Więc ucieczka z Bali to było jedyne rozsądne wyjście.

Mój samotny wypad na Bali to jedna wielka porażka?

Ha, tutaj Was totalnie zaskoczę! Okoliczności nie były sprzyjające. Nażarłam się stresu więcej, niż przez całe swoje życie. Musiałam przecież poradzić sobie z sytuacją, która była okropnie ciężka. Jednak, dałam radę! Przyleciałam do Polski silniejsza i bardziej pewna siebie. Zrobiłam sama coś, co dla wielu ludzi mogłoby stać się zwyczajnie nie do przejścia. Udowodniłam sobie, że jestem niezależna i twarda. Że poradzę sobie nawet, kiedy nie będzie kolorowo. To największa szkoła życia, w jakiej przyszło mi się uczyć.

Dlaczego moja solowa podróż okazała się sukcesem? Sprawiła bowiem, że stałam się silniejsza. Poznałam cudownych ludzi, którzy odegrali znaczącą rolę nie tylko w dobie COVID-19, ale i w całym moim życiu. Przekonałam się też, że Bali to moje miejsce na Ziemi. Właśnie dlatego będę walczyć, by znowu tam wrócić. Kiedy tylko ten cały syf na świecie się skończy, spakuję plecak i wrócę do Indonezji. Pewnie odwiedzę też kilka krajów wokół, żeby nic mi nie umknęło. I obadam teren, żeby kiedyś zostać na Bali. Ale nie na kilka miesięcy. Na zawsze.